Kung Fury , czyli jak 30 minut wykręci Twój umysł.

By | czerwca 04, 2015 Leave a Comment


Lata 80-siąte, okres  pełen barw, kiczowatej, plastikowej biżuterii, natapirowanych fryzur,  kanciastych w ramionach marynarek, mocnych makijaży, kaset VHS, brzęczącego disco  z charakterystycznym  w tle „tutututu” . To  min. czasy Tubbsa i Crocketta , Daniela Larusso i pana Miyagi, Jaka Stylesa i Grubasa" McCaba.



Tęsknotę za tamtym okresem, jakiś czas temu obudził Sylvester Stallone, serią o Niezniszczalnych (bohaterach kina akcji lat 80/90), czy postać Barneya Stinsona z Jak poznałem waszą matkę,  wspominającego  Williama Zabka( Karate Kid).


Kung Fury, jest koktajlem zawierającym wszystko co najlepsze z lat 80-ątych, mamy tutaj barwne stroje, dudniąca muzykę, chmury dymu czy elementy popularnych w tamtym okresie gier video – zacznijmy jednak od początku.


Trzy lata temu, David Sandberg rzucił reżyserowanie oraz efekty specjalne dla reklam, marząc o  produkcji własnego, krótkometrażowego filmu. Zaciągnął dług, aby móc stworzyć wart 5000 baksów zwiastun Kung Fury, na punkcie którego oszalał cały Internet. Potem poleciało wszystko z górki. Ludzie wyciągali ze swoich wirtualnych kieszeni  pieniądze, aby móc wspomóc  projekt Sanberga, dodatkowo aprobacja samego Davida Hasselhoffa, dobiła fame’u do ponad przeciętnej granicy. Rezultat, kampania na Kickstarterze zakończyła się sumą 630tysięcy dolarów, co dało możliwość twórcy zainwestowania w cudowną ścieżkę dźwiękową oraz dodatkową ekipę odpowiedzialną za postprodukcje. 

W głównego bohatera- Kung Fury, wciela się sam David Sandberg - w moich oczach jest skrzyżowaniem Daniela Larusso( Karate Kid) z Topperem Harleyem( Hot Shots), który naukę walki czerpał min. od Davida Carradine’a i Jean’a-Claude Van Damme. Przystojny, wyglancykowany na twardziela o szorstkiej barwie głosu, z cyniczną  ripostą a’la suchar.


Jak to bywało w kinie, tamtego okresu: mamy walkę dobra ze złem(Adolf Hitler), oczywiście przesądzoną z góry na rachunek sprawiedliwości. Jest dużo testosteronu, scen walki, są mocno umalowane, odziane w skąpe stroje (żeby nie powiedzieć kąpielowe) panie, umięśnieni panowie, wypasione, nadziane gadżetami samochody, dinozaury, lasery, roboty, oraz animacje, które przypominają nam bohaterów z dzieciństwa, jak chociażby  He-Man’a.


Powiem szczerze, że zakochałam się od pierwszego wejrzenia w obrazie Kung Fury. Może dlatego, że jestem Tarantino’wym geekiem, w którego żyłach płynie szwedzka krew i który w kulturze szuka gadżetów i smaczków, skrzyżowanych gdzieś sentymentalnie z latami 80-tymi. Po Gościu czy Coś za mną chodzi, Kung Fury jest kolejnym dziełem ostatnich miesięcy, który na pewno znajdzie miejsce na mojej półce filmowej.


Kung Fury to cudowna szwedzka produkcja z przerysowanym stylistycznie, przegiętym do granic możliwości obrazem, tworzącym hołd dla kina epoki VHS. Dla jednych będzie to przygoda w czasy dzieciństwa, dla innych porcja oldschool’owego kina, koniec końców, film wart obejrzenia i wyczekiwania premiery na dużym ekranie.

Ocena 10/10
Nowszy post Starszy post Strona główna