Legend

By | września 30, 2015 Leave a Comment

Tom Hardy, jakiego świat nie widział.

Brian Helgeland, oferuję nam ponad dwie godziny kina, o którym długo po seansie nie zapomnicie. Film, został oparty o prawdziwa historię bliźniaków Kray, którzy trzęśli na przełomie lat 50. i 60. XX wieku londyńską dzielnicą East End. Nieobliczalny Ronald i rozsądniejszy Reginald, stali się swego rodzaju celebrytami swoich lat. Ludzie zamieszkujący dzielnicę, opowiadali historię, o ich wyczynach, każdy ich znał lub chciał znać, wpisując tym samym braci do londyńskiego folkloru. Chłopcy udowodnili, że sprytem, siłą mięśni i przemocą można wybić się z samego dna.

Film został oparty, o książkę The Proffesion of Violence autorstwa Johna Pearsona, który miał okazje poznać braci w latach 60-ątych. Zostajemy przerzuceni od razu w samo epicentrum działalności bliźniaków, którzy rywalizują z gangiem Richardsona oraz nawiązują współpracę z Amerykańską mafią. Patrząc się na temperamenty i charaktery braci, śmiało można rzec, że przeciwstawieństwa się przyciągają i uzupełniają, tworząc tym samym jedność.

Umieszczenie Toma Hardy’ego w roli obu braci, okazało się strzałem w dziesiątkę. Chociaż ma się świadomość, że to jedna osoba, na ekranie wcale się tego nie odczuwa. Psychopatyczny Ronald, szaleńczo zakochany w swoim bracie, wzbudza w widzu zainteresowanie i pewną sympatię, aniżeli strach, za to nieco spokojniejszy Reginald pełni rolę pewnego rodzaju stagnacji i poczucia, że wszystko będzie dobrze. Oglądając film, zapewne nie raz pomyślicie o Wilku z Wallstreet, chociaż tutaj więcej przysłowiowego mordobicia, niż seksu i narkotyków, a typowy angielski klimat dopełnia całość.

Legend, przejawia napięcie, grozę, a nawet smutek czy wręcz współczucie. Rozdarcie między rodziną, żoną, poczuciem wiecznej odpowiedzialności za nieobliczalnego brata oraz „biznesem”, to wszystko zobaczycie na ekranie. Oczywiście poza genialnym Tomem Hardy, główną chociaż na swój sposób drugoplanową postacią, jest żona Reginalda – Frances (Emily Browning), która wnosi delikatny powiew kobiecości swoją drobną osobą. Podsumowując całość, trzeba wspomnieć o przepięknych scenografiach, kolorystyce, kostiumach, wspaniałej muzyce ( tutaj ukłon w stronę bezkonkurencyjnej wokalnie Duffy, znanej większości świata z przeboju Mercy), oraz scenach walk.

Film jest idealnie odmierzony w proporcjach, niczym składniki na dobre ciasto, a nawet tort. Tutaj groza, humor czy akcja mają swoje 5 minut, a narracja prowadzona przez Frances, upina całość niczym kokarda na prezencie. I chociaż każda postać występująca na ekranie, daje z siebie to co najlepsze, to jednak podwójny Hardy robi i kradnie show. Jedynym błędem popełnionym przez reżysera, jest długość filmu, naprawdę zdarzyło mi się ze dwa razy pomyśleć w trakcie obrazu „ Rety, kiedy koniec”. Nie dlatego, że jest nudny, ale na swój sposób za bardzo rozciągany, jak guma do żucia.

Legend, to film godny obejrzenia, przyznam się szczerze, że po projekcji szybko sięgnęłam do biblioteczki i obejrzałam historię braci Kray z 1990r, jednym słowem coś rusza w człowieku po seansie. Skoro w rodzimej Angli film bił rekordy popularności przez bite 2 tygodnie, to musi być coś na rzeczy.

Za przedpremierowy pokaz, serdecznie dziękuję Monolith Films.






Moja ocena 9/10
Nowszy post Starszy post Strona główna