Pan Światła - Roger Zelazny / Recenzja, wydawnictwo Zysk i S-ka

By | lutego 12, 2020 Leave a Comment
Trzecie wydanie, kolejna podróż.

Pan Światła powraca, w lekkim i jakże dobrze wchodzącym przekładzie Piotra W. Cholewy, wprost od wydawnictwa Zysk i S-ka. Książka swoją światową premierę miała w roku 1967, tzn że jest niewiele młodsza od mojej mamy, a jakże pasuje do naszych dzisiejszych czasów. Pan Światła, którego miałam okazję przeczytać, to trzecie wydanie na naszym krajowym rynku wydawniczym. Oficjalna premiera, będzie miała miejsce 24 marca br.

Roger Zelazny, Amerykanin polskiego pochodzenia, należy do kanonu wybitnych pisarzy gatunku fantasy. Swoją sławę zawdzięcza książce Ja, nieśmiertelny, która ukazała się w 1966 roku, zakochany bezgranicznie w mitologii, zmienił oblicze fantastyki na zawsze. Pan Światła, powieść która jest zaliczana do pierwszej piątki SF na całym świecie, schyla się w stronę kultury indyjskiej. No właśnie, mitologia indyjska? Kurcze, dlaczego do tej pory owa książka nie wpadła w moje ręce? ( Wielkie dzięki Zysk i S-ka, że po raz kolejny poszerzyliście moje horyzonty).

Twórczość skryta w Panu Światła, może wydawać się na pierwszy rzut oka trudna do pojęcia dla zwykłego odbiorcy, jednak jak to w życiu bywa – potrzeba czasu oraz ( w tym przypadku) kilku kartek, aby zagłębić się w świat, jakiego ja osobiście do tej pory nie znałam. Naprawdę jako nastolatka, przeczytałam wiele książek z regału SF, balansujących na granicy wyobraźni oraz rozumu, nie mówiąc już o moich mitologicznych skłonnościach – nigdy bym nie przypuszczała, że podstawy kultury indyjskiej mogą idealnie tańczyć wraz z gatunkiem fantasy, tworząc dobrany duet.

Do meritum, o czym jest książką? Jak to bywa w tego typu kategoriach, przenosimy się na obcą planetę, gdzie niewielka grupa Ziemian skolonizowała oraz podporządkowała sobie dostęp do wysoko rozwiniętej techniki, kładąc tym samym, pod własnym naciskiem resztkę swojego gatunku. (Wybrzmiewa coś znajomego?) . Pytanie: czym omamić społeczeństwo, aby pod przykrywką, żyć jak pączek w maśle? Odpowiedź brzmi: RELIGIA! Tak oto, grupa Ziemian, narzuciła wiarę w siebie, kryjąc się pod bóstwami charakterystycznymi dla Półwyspy Indyjskiego min Brahmy, Sziwy czy Wisznu, dokonując tym samym podziału społeczeństwa na kasty.

Wewnątrz boskiej grupy, brak pomysłu na swoich wyznawców. Trzeba pamiętać, że okres który toczy się w książce to czas zwolenników stagnacji- tzw deikraci, ci którzy byli za postępem, zostali zepchnięci na drugi plan (tzw akceleracjoniści), poddani reinkarnacji, żyją pod postacią psa ewentualnie wykastrowanego bawołu. W całym tym cyrku, po latach cichego życia, między zwykłymi ludźmi, powraca jeden z pierwszych kolonizatorów planety – Sam, renegat, zwany również książę Siddhartha. Postać ważna w całej historii, wyrzucająca boskość, stająca na czele walki ze szczególną, uprawnioną do wszystkiego kastą deikratów. Jego bronią ma być krzewienie nowej religii zwanej buddyzmem, a jak najlepiej zacząć? Oczywiście, od siania przysłowiowego fermentu…

Tym co mnie zachwyciło to zdecydowanie postacie. Wielobarwne, inteligentne, z poczuciem humoru, posiadające naprawdę rzadko spotykany, wyrazisty charakter. Nie raz się łapałam, przechodząc przez kolejne dialogi, że puszczają do nas oko, uśmiechając się wręcz czarując nas – czytelników, swoim filuternym sposobem bycia. Konkretne, odważne, podejmujące niejednokrotnie trudne decyzje, mimo, że nie zawsze będziemy się z nimi zgadzać, nie budzą w nas odrazy, strachu, obrzydzenia.

Język, którego używa autor, jest szlachetnym, dostojnym słownictwem. Tutaj wyraz : cześć, dźwięczy niczym wyrafinowane słowo z najwyższej półki, a nie pozdrowienie dwóch kumpli nad szklanką piwa. Elegancka maniera, przeplata się z inteligencją mitologii, gdzie kunszt wojenny potrafi delikatnie otulać ideologiczne poglądy, a nawet rozważania filozoficzne, kierując się ku religii. Takie połączenie sprawia, że ekscytacja sama gdzieś krąży po człowieku, szeptając cicho do ucha: jeszcze jedna kartka, jeszcze jedna, spokojnie, zdążysz jutro do pracy 😉 .

Podsumowując Pan Światła, to bardzo obowiązkowa lektura dla wszystkich zapaleńców SF oraz fantastyki, to również idealny wybór dla ciekawskich, chcących poczuć na czytelniczej wyobraźni coś zupełnie nowego. Ponadczasowa powieść, ukazująca mroczne strony władzy oraz manipulację jednostkami na dole, przy pomocy religii. Zaledwie, a może aż 300 stron niesamowitej przygody, na końcu której można poczuć się na nowo zrodzonym.

Moja ocena pełna dyszka.
10/10
Starszy post Strona główna

0 komentarze: