Dziedzictwo von Schindlerów - Wojciech Wójcik / Recenzja


Przeszłość, która nie daje zapomnieć.

 

Wojciech Wójcik, autor min Nikomu nie ufaj, Garść popiołu czy Młoda krew, powraca z książką, która pozostawi ciarki na Waszym ciele. Nie było chyba lepszej chwili na jej wydanie, niż okres długich, jesiennych wieczorów przy kominku lub z kubkiem rozgrzewającej herbaty, gdzie za oknem szarość i mgła otulają krajobraz opadających na chodnik liści, tworzących zgniły dywan, a drzewa uginają się w stronę naszych domowych okien, pukając w nie lekko, nadając szybszy rytm bicia naszym sercom. Owe szybsze bicie, otrzymacie na tropie mrocznych tajemnic, rozgrywających się gdzieś pomiędzy Mikołajkami, a jeziorem Śniardwy.

 

Ten rok jest jaki jest, ciężko gdziekolwiek było się ruszyć, nawet na krótki okres -  korzystając z rodzinnego weekendu w Olsztynie we wrześniu, na jeden dzień miałam okazję zawitać do Mikołajek, zapoznać się z tamtejszymi atrakcjami oraz przepiękną przyrodą i poniemiecką architekturą. Nie ukrywam, że historia, a raczej historie Wójcika rozgrywające się na terenie, który już nie jest mi obcy – jakoś bardziej wchodziły w moją wyobraźnię. 

 

Książka rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, pierwsza to współczesna, podczas zlotu wybitnych twórców kryminałów, którzy muszą napisać opowiadania ( tworząc tym samym antalogie), opierając się o legendy dworku należącego obecnie do potomka von Schindlerów. Mężczyzna, pod namową swojej żony, jak się okazuję lokalnej dziewczyny, kupuje całą posiadłość nad jeziorem Śniardwy, tworząc w nim hotel, który przyjmuję pisarzy na okres miesiąca. Miesiąca, który jak się okaże, zmieni wiele w życiu każdego z nich…

 

Druga płaszczyzna to początek lat 2000, czas tuż po śmiertelnym wypadku jednego z tamtejszych mieszkańców, letnie miłości, zauroczenia, zazdrość oraz… nieoczekiwane zniknięcie Kaśki, która rozpływa się niczym jej chłopak. Podobno ma to związek z mroczną legendą von Schindlerów oraz ich łodzią.

 

Początkowym problemem jest ilość postaci, którą poznajemy w dość krótkim odstępie czasowym – zaczynamy od młodziutkiej pisarki Moniki Łasickiej, która będzie musiała napisać opowiadanie na bazie historii o zniknięciu kelnerki, jak się potem okaże praca nad tym incydentem, zamieni się w śledztwo, która po drodze, będzie zbiegać się z rozwiązaniem sprawy wypadku oraz śmierci Zygmunta Grodzkiego – wybitnego pisarza, w którego przypadkową śmierć nie wierzy pozbawiony uprawnień, były policjant Jacek Ligęza oraz koleżanka denata po fachu, pisarka Edyta Gruszka. W tym wszystkim matactwa ze strony policji, wymieszane z plotkami oraz uprzedzeniem tubylców do tzw obcych z miasta.

 

Książkę czyta się stosunkowo szybko, przelatujące niczym ptaki, wątki wpływające na rozwój akcji w dodatku z aurą mroku oraz tajemniczości, przekonają Was, że sięgnięcie po Dziedzictwo von Schindlerów było udanym ruchem. Nie oszukujmy się, nie ma idealnych powieści, thrillerów, kryminałów – gdyby takowe istniały, całą reszta mogła by przestać istnieć na półkach sklepowych. Pomysł Wójcika z balansowanie między fikcją, legendą, a prawdziwym życiem oraz wątkiem kryminalnym – naprawdę się sprawdziła. Wielobarwność postaci, dorzuca tutaj do koszyczka swoje kilka groszy, chociaż jak już wcześniej wspomniałam, w pierwszej chwili możemy czuć się lekko zagubieni. Wojciech Wójcik osobiście dla mnie jest taką Katarzyną Puzyńską w wersji płci brzydkiej.

 

Tak jak u pisarki żyjemy w świecie Lipowa, tutaj tereny Mazurskie robią naprawdę swoisty klimat. Pomysł na książkę, jak najbardziej trafiony,  napisany językiem prostym, który przypomina nam życie min na tzw ziemiach poniemieckich po roku 1944. Okaleczeni Polacy, nie zawsze winni Niemcy, uciekający na Zachód przed Sowieckimi prześladowcami. Myślę, że w każdej rodzinie tamtych czasów, jest bolesna rysa.

 

Moja ocena 8/10

 

 

Komentarze

Popularne posty