Fabryka Os – Ian Banks / Recenzja


Jakiś czas temu skończyłam czytać Fabrykę Os i powiem Wam szczerze, że dalej ciężko mi ugryźć temat. Mindfuck to chyba najlepsze określenie recenzji dla powieści. Kiedy w historiach pojawia się przemoc, znęcanie nas słabszymi czy satysfakcja z sadyzmu w tym przypadku fizycznego to ciężko potem taką historię odłożyć na półkę i przejść obojętnie. W Fabryce Os mamy to wszystko, co gorsze oprawcą jest dziecko.

Frank ma szesnaście lat, jednak swoje sadystyczne zachowania kreuje w sobie od najmłodszych lat. Książka napisana jest z perspektywy naszego głównego bohatera. Nastolatek wspomina nam swoje dzieciństwo, opowiada co się dzieje aktualnie, doświadczamy też jego specyficznej relacji z ojcem oraz bratem, który wraca po dłuższej nieobecności na łono ich domu. Nastolatek dokonuję aktów brutalnej przemocy, bo w taki sposób walczy z narastająca w sobie frustracją. Matka odeszła wiele lat temu, jego ojciec dość zamknięty w sobie, robiący to co musi ( niczym robot), starszy brat o imieniu Eric przesiaduję w szpitalu psychiatrycznym. Frank formalnie nie istnieje dla świata – chłopak nie został zgłoszony do urzędu przy porodzie ( co tłumaczy później wiele sytuacji), żyję z ojcem na farmie, czerpiąc przy tym radość z krzywd wyrządzonych nawet najmniejszym stworzeniom.  Już od samego początku jako czytelnik, możemy odczuwać strach przed Frankiem. To jak chełpi się i jest dumny, gdy opowiada min jak pozbył się swoich kuzynów, którzy go denerwowali, stawia wszystkie włosy na głowie. Chłopak opowiada skrupulatnie ( niczym na przesłuchaniu) jak krok po kroku pozbył się kuzyna, wsadzając mu do sztucznej protezy nogi, jadowitą żmiję, kilka stron później czytamy jak zginęła (zaginęła) jego malutka kuzynka. To co kłębi się we Franku, przechodzi ludzkie pojęcie, jakby powiedzieli starsi „W głowie się nie mieści”. Ile sadyzmu oraz czerpania radości z cudzej krzywdy wyciąga szesnastolatek, to tylko sam jego stwórca wie, w tym przypadku autor.

Powieść, którą ciężko określić delikatnie w słowach, żeby nadało się to do publicznej informacji, została zaliczona przez dziennik The independent, do 100 arcydzieł literatury XX wieku ( co trochę mnie przeraża, patrząc się na jej zawartość).Niektórzy nazywają ją wręcz młodszym bratem Mechanicznej pomarańczy oraz Władcy much – chociaż w przypadku tego drugiego, osobiście czuję, że to zupełnie coś mocniejszego. Bezsprzecznie, zgadzam się z częścią krytyków, że powinna być oznaczona znaczkiem dla dorosłych, albo inaczej dla dojrzałych na emocjach oraz umyśle ludzi, gdzie po swojej lekturze nie wpłynie negatywnie na odbiorcę. Chyba jeszcze nie miałam okazji czytać książki, która zadawała by mi ból w odczuciu takim metafizycznym. To nie jest łatwa, lekka historia,  istny dance macabre we współczesnym świecie. Jeśli jesteście z natury delikatni, to możecie przeżyć wstrząs po przeczytaniu historii Franka. Zgodzę się, również z tym, że mimo swojej brutalności, jest oryginalna, błyskotliwa,  innowacyjna w swoim gatunku, obiera na części umysł, psychikę osób, które mają zdecydowanie problemy z postrzeganiem świata, wyrażaniem emocji czy akceptacją własnego odbicia w lustrze. Jako rodzić przy takich tematach, zawsze się głęboko zastanawiam, którą drogą iść aby nie zgubić własnego dziecka. Przy wychowywaniu najważniejszy jest balans, ale gdzie szukać pomocy, gdy dziecko przejawia problemy natury psychicznej? Jak widać w przypadku Franka, zamknięcie na farmie, daleko od ludzi  oraz udawanie, że nikt taki nigdy nie istniał niczego nie zmienia. Może gdyby matka chłopaka była przy nich lub ojciec zwyczajnie poświęcał mu czas i uwagę, chłopak z nudów nie wymyślał by sobie tak sadystycznych zabaw, krocząc każdego dnia coraz dalej poza granicę dajmy w cudzysłowie „ przyzwoitości”, bo jak można mówić o przyzwoitości, gdy z premedytacją zabija się członka rodziny? Ostatni rozdział książki, jest totalnym zwrotem akcji, który zmienia postrzeganie pewnych relacji oraz sytuacji w książce, ale to już sami musicie przeczytać.

 

Komentarze

Popularne posty