Vivo / Netflix – recenzja filmu

 


Bez względu na wiek, zawsze miałam sentyment do animacji ( tych skierowanych do małych jak i tych bardziej większych). W  mojej skrytce Netflixowej, nowości animacyjne to punkt bardzo ważny, staram się z dziećmi obejrzeć jak najwięcej bajek, które mam wrażenie, że w ostatnim czasie są coraz bardziej sensowe. Też uważacie, że animacje w czasie pandemii dokonały bardziej rozwoju aniżeli miały by wcisnąć wsteczny.

Vivo, to muzyczna przygoda, pełna barw: ciepła, miłości, marzeń, pokonywania problemów, a także smutku, oraz pamięci o bliskich, których już nie ma wśród nas. Bardzo podobają mi się tego typu bajki – uczą tego co dotyczy nas wszystkich, pomagają dzieciom zrozumieć pewne uczucia, momenty w życiu, a jednocześnie nie przypisują się pod jeden temat polityczny, religijny itd.

Przenosimy się na Hawanę, gdzie poznajemy uroczego kinkażu, które całe swoje życie spędził przy boku utalentowanego Andrésa, mężczyzna ten przez całe życie kochał tylko jedną kobietą, która obecnie jest wysokiej klasy gwiazdą muzyki w USA -Marty Sandoval ( w tej roli wspaniała Gloria Estefan), tak więc gdy pojawia się okazja, aby duet po raz być może ostatni zagrał znów razem, staruszek nawet się nie waha, opowiadając swojemu zwierzakowi historię ich miłości i piosence, której nigdy jej nie zagrał, o której nigdy nie powiedział nikomu. Pewnego ranka kinkażu znajduję martwego właściciela, pogrzeb jego pana, sprowadza rodzinę na Hawanę i tak Vivo poznaję energiczną, uwielbiającą muzykę dziewczynkę imieniem Gabi ( debiut Ynairaly Simo).

Nie zgodzę się z niektórymi opiniami, że Vivo zachwyca młodszych, a starsi na nim mogą jedynie ziewać. Energia i barwy, które biją od ekranu działają dość pobudzająco i naprawdę nie odczułam ani przez chwilę znudzenia, zwłaszcza, że całość scenariusza jest naprawdę przemyślana ja na te kategorię filmową. Pierwszy raz oglądaliśmy w dubbingu ( nasze dzieci mają 3 i 5 lat), jednak muzykę później puściliśmy w wersji anglojęzycznej i o matko , co tam się dzieje!!!  Tradycyjne rytmy latino, wymieszane z hip hopem, elektroniką oraz reggaetonem. Keep the Beat, czy My Own Drum będziecie nucić i śpiewać, być może wraz ze swoimi najmłodszymi przez wiele czasu.

To jest animacja dla najmłodszych, wiec przymykam trochę oko, jednak dla mnie zabrakło prawdziwości wszystkich postaci, mimo, że główne postacie wnoszą naprawdę wiele pozytywnych barw emocji, tak pozostali zwyczajnie są, robią za dodatek, tło czy coś co ma pomagać czasami skleić całość, ale nie w jakimś mega porządnym znaczeniu, ale przy ostatecznym podliczeniu, nie zwraca się na to jakoś uwagi. Jest to inny level ( być może że kieruje się też do tych młodszych), aniżeli poprzednia animacja Mitchellowie kontra maszyny, tutaj musicie się nastawić na pewnego rodzaju schemat bajek dla dzieci, jednak ma ona trafić do tych najmłodszych, co czuć i to mocno.

Moja ocena okiem dziecka 7/10, dorosłego 5/10

Komentarze

Popularne posty